Udostępnij

Emilka była dziwną dziewczyną. Trochę za bardzo egzaltowaną, trochę za bardzo marzycielską, trochę ze swoim nieprzytomnym wzrokiem oderwaną od rzeczywistości… Żyła w swoim świecie – świecie książek i marzeń. Była na tyle inna, że nie miała serdecznej przyjaciółki, nie miała chłopaka – chociaż właśnie celująco zdała maturę w swojej pipidówie i do tego jeszcze zupełnie nie wiedziała co ze sobą i swoją nieoczekiwanie zdobytą dorosłością zrobić. Wiedziała jedno – nie może tu zostać, kisić się we własnym sosie i oglądać codziennie te same twarze… to nie dla niej.

Wymyśliła sobie, że musi się przenieść do większego miasta, najlepiej do jak największego. Padło na trójmiasto, bo było tylko i aż sto kilkadziesiąt kilometrów od jej rodzinnego domu. Ale jak to zrobić?

Elwira wprawdzie nie była jej serdeczną przyjaciółką, ale przez ostatnie lata siedząc w jednej ławce najlepiej się rozumiały. Emilka już od dawna wiedziała że kumpela z ławki wybiera się na Uniwerek w Gdańsku, ale dopiero ostatnio dowiedziała się że szmalowi rodzice, wynajmują jej kawalerkę. To była jej szansa.

Dla niej studia pozostawały w sferze marzeń, rodzice byli za biedni, a do tego nigdy nawet o tym nie wspomnieli. Przeznaczyli ją machinalnie na straty, tak jak kiedyś ich przeznaczono.

A ona przez ostatnie tygodnie roztaczała przed Elwirą takie wizje mieszkania razem, że ta przyjęła je jako swój pomysł i już nie wyobrażała sobie, że mogłaby mieszkać w Gdańsku sama.
Pod koniec września ustaliły, że kiedy rodzice odwiozą Elwirę i już się tam zadomowi, zadzwoni i powie kiedy kumpela może zwalić jej się na kark.

Tak zrobiły. Emilka nawet nie musiała długo czekać, bo już trzeciego października dostała wyczekiwany telefon. Na drugi dzień już siedziała w pierwszym porannym autobusie do Gdańska. Matce tylko powiedziała że jedzie szukać pracy i da znać jak coś znajdzie. Ojca akurat nie było, a młodsze rodzeństwo patrzyło wielkimi oczami, nie wiedząc czy płakać czy się cieszyć, kiedy podnosiła małą torbę z niezbędnymi tylko rzeczami. Rzucała to wszystko bez najmniejszego żalu, mimo zawodzenia matki i szlochania najmłodszej siostry. Nie obejrzała sie nawet za siebie… Miała odkładane od miesięcy trochę ponad tysiąc złotych i czuła się jakby cały świat do niej należał.

Z dworca odebrała ją Elwira i zawiozła do swojej trzydziestometrowej klitki.
Emilka z otwartymi ustami chłonęła jak gąbka szum wielkiego miasta, przedpołudniowy ruch, roztaczające się z nienajczystszych okien kolejki widoki. Wszystko było tak inne, kolorowe…Mimo swoich dziewiętnastu lat, do tej pory tylko kilka razy była w Toruniu… i od pierwszego razu to było wyczekiwane z utęsknieniem przeżycie roku, czasami kilku lat. Ale Gdańsk oszołomił ją o wiele bardziej. Spełniał jej wszystkie marzenia o wielkim świecie.

Kiedy znalazły się w malutkiej kawalerce na dziewiątym piętrze, znów otworzyła usta podziwiając widoki za oknem i przytulność malutkiego mieszkanka. To był najszczęśliwszy dzień w jej smutnym, szarym życiu. Zrobiła pierwszy, najtrudniejszy krok…

Minęło kilka dni, które spędziła jak w bajce – przynajmniej ona sama tak uważała. Kiedy Elwira szła wczesnym rankiem na zajęcia, wylegiwała się do południa, a potem ruszała oglądać wspaniałe sklepy, wielkie supermarkety, odwiedziła multi-kino i ZOO w Oliwie, spędziła jedno popołudnie do późnego wieczora na molo w Sopocie… Nawet się nie spostrzegła kiedy jej oszczędności w tym czasie stopniały o połowę. Sytuacja dojrzała do podjęcia decyzji o dalszym życiu w wielkim mieście… i to jak najszybciej.

Kiedy sobie to uzmysłowiła, nie spała prawie całą noc. Miała alternatywę – odpowiedzieć na anons jakiejś agencji, albo… Nad ranem wymyśliła że jej marzeniem i życiowym powołaniem jest zostanie sekretarką.

Nazajutrz kupiła wszystkie lokalne dzienniki z ogłoszeniami i zasiadła nad nimi na kilka godzin. Po południu miała zakreślone kilkanaście ofert, ale tego dnia było już za późno, żeby je sprawdzać. Usiadła z telefonem obdzwaniając wszystkie anonse. Prawie wszędzie kazali jej przysłać cv mailem albo przyjść osobiście i podawali adresy.

Następnego ranka, mocno podekscytowana zerwała się już o świcie. Chwilę później napełniała wannę. Zrzuciła kusą koszulkę nocną… Prezentowała się wspaniale. Nietuzinkowa, wyrazista i na swój sposób piękna twarz z olbrzymimi zielonymi oczami, kręcone ciemno – blond włosy prawie do pasa, nienaganna sylwetka z więcej niż dużym, sprężystym i zadartym biustem, oraz długie, szczupłe ale idealnie umięśnione nogi, tworzyły z niej Afrodytę w kąpieli. Zupełnie nieświadoma swojej urody, nie miała pojęcia o dbaniu o siebie. Nie wiedziała co to depilacja, nigdy nie miała jakichkolwiek kosmetyków i nie miała nawet pojęcia o używaniu ich… ale mimo dzikiego, mięciutkiego gąszczu u zbiegu ud i pod pachami, reszta nawet zaraz po przebudzeniu wyglądała niezwykle świeżo i urzekająco. Po kąpieli naga cichutko wymknęła się z łazienki, żeby się ubrać zanim przebudzi się kumpela… I od tego momentu zaczyna się tragedia.

Jej majtki i biustonosz mogłyby być wszystkim, tylko na pewno nie najseksowniejszą – jak większość samców uważa – częścią stroju kobiety. Były porozciągane, poprzecierane, kiedyś chyba białe… do tego pstrokata bluzeczka po babci i bura, gruba spódnica powypychana i mocno zdeformowana – do tego długa do łydek. O pięknie niedawnej Afrodyty przypominały jeszcze tylko olbrzymie oczy i niecodziennie piękne włosy, ale i te zawinęła w nieforemny gruby kok. Zostały tylko oczy…

Nie było nikogo, kto wyjaśniłby jej podstawy elegancji, dobrego smaku, mody czy jak to jeszcze tam nazwać… Przed wyjściem zarzuciła jeszcze na ramiona gruby, powyciągany i bury jak spódnica sweter. Zupełnie jakby świadomie chciała za wszelką cenę się oszpecić… W niczym już nie przypominała tej bogini zaraz po przebudzeniu.

Jak było do przewidzenia, tego dnia ponosiła porażkę za porażką. W każdym biurze była najpierw otaksowywana wzrokiem i zaraz potem się okazywało, że ogłoszenie jest już nieaktualne; w większości biur nawet nie spytano ją o kwalifikacje albo referencje, ale czym szybciej zbywano z niczym. Po trzeciej po południu zostało jej jeszcze ostatnie pięć ogłoszeń, ale była już tak skonana i głodna, że przełożyła resztę na następny dzień. W jakimś poślednim fast – foodzie wybrała najtańsze danie i po nim ciągle jeszcze głodna, powlokła się do klitki Elwiry.

Tu upadła na łóżko i zaniosła się niepohamowanym płaczem. Z każdą łzą wychodziły z niej wszystkie upokorzenia jakich doznała tego dnia. Stres, wstyd i brak pewności siebie, zostały utopione w powodzi łez. Była bardzo wrażliwa i intuicyjnie czuła, kiedy robiono sobie z niej szopkę, ale ciągle była prowincjonalną gąską i nie wiedziała co zrobić żeby to zmienić.

Nagle ją olśniło. Ubiór! Taaak, to musi zmienić na początku… I zaraz przyszło otrzeźwienie.
Jak zmienić? Za trzysta złotych, które muszą jej wystarczyć do nie wiadomo kiedy… Znowu była bliska płaczu. Zmęczona i głodna zasnęła w ubraniu.

Znowu obudziła się o świcie i po porannej toalecie tym razem założyła dżinsy, sprany t-shirt, ale na to błyszczącą kurtkę wysępioną na tą okazję wczoraj od Elwiry.

Pierwsze trzy oferty z pozostałych – bez zmian; została szybko spławiona jak wczoraj. Zostały dwie ostatnie…

To była stara kamienica w cichej bocznej uliczce. Z ogłoszenia zrozumiała że potrzeba sekretarki w kancelarii adwokackiej, która miała się tutaj mieścić na pierwszym piętrze. Wchodziła po błyszczących, marmurowych schodach z duszą na ramieniu. Cichutko zapukała w masywne, dębowe drzwi i czekała. Po minucie odważyła się zrobić to ponownie.

Tym razem drzwi otworzyła młoda, piękna kobieta. Kiedy zobaczyła Emilkę, odwróciła się bez słowa i powróciła do pakowania w kartonowe pudła jakichś drobiazgów z olbrzymiego, stojącego pod ścianą biurka. To był wielki pokój… Gdańskie meble i wielki gruby bordowy dywan, tworzyły atmosferę wykwintnego dostatku. Ale cztery wygodne skórzane fotele pod przeciwległą ścianą i niski, masywny, mahoniowy stolik obok nich zarzucony gazetami, mówiły że to tylko poczekalnia.

Stanęła niepewnie tuż za drzwiami i czekała. Kobieta zajęta pakowaniem nie zwracała zupełnie na nią uwagi. Milczenie trwało długo, Emilka czuła coraz większe zdenerwowanie…
– Ja… przyszłam tu z ogłoszenia… – zdołała z siebie wykrztusić łamiącym się głosem.

Kobieta w milczeniu odwróciła się do niej, sprawiając wrażenie jakby dopiero teraz po raz pierwszy zobaczyła ją na oczy i bez słowa pokazała kciukiem za siebie. Z tego pokoju były trzy wyjścia, ale drzwi które pokazała, były najokazalsze.

Na drżących nogach, tonąc w puszystym dywanie szła w ich kierunku jak na skazanie. Ta oferta już na pierwszy rzut oka, była całkiem inna od poprzednich. Spokojna elegancja i dostatek widoczne już w poczekalni, zdeprymował nastolatkę. Była z każdą chwilą coraz mniej pewna siebie… Jeśli po poprzednich wizytach jeszcze jej trochę zostało tej pewności, po dwóch minutach w niecodziennej bądź co bądź poczekalni pozbyła się jej całkowicie. I nagle całkiem niespodziewanie przyszło jej na myśl – muszę tu zostać, muszę tu pracować… za wszelką cenę.

Nieśmiało zapukała w ciemne, masywne drzwi.
– Wejdź Rita. Czego jeszcze chcesz? – to był mocny, melodyjny, męski głos.
Nacisnęła lekko mosiężną klamkę, niedomknięte drzwi bezszelestnie się uchyliły.
Za jeszcze większym biurkiem niż w poczekalni, siedział rozparty w wygodnym fotelu około trzydziestopięcioletni mężczyzna, w rozpiętej pod szyją białej koszuli i rozluźnionym krawacie. O mężczyznach nie mówi się raczej że są ładni, ale z jego twarzy biła jakaś siła, pewność siebie i energia czyniąca go bardzo męskim i pociągającym… Podobno pierwsze wrażenie sprawdza się później prawie zawsze.

Stojąc w progu gapiła się z otwartymi ustami na modelowy okaz samca. Już w tej chwili poczuła że znalazła się w jego władzy, a była w takim stanie ducha, że gotowa była zrobić wszystko, żeby zostać tutaj… zdobyć pracę… blisko niego…
– Tak?… słucham.
– Ja… przyszłam tu z ogłoszenia…

Siedziała przed nim w wygodnym fotelu, skulona – wewnątrz wiła się pod jego ciężkim, badawczym spojrzeniem. A on już od kilku minut pytał i pytał, poznając o niej całą prawdę. To co nie mogło być powiedziane, bo było zbyt osobiste, prywatne, w kontekście pytań wychodziło samo.
– Pani Emilio, potrzebuję doświadczonej, reprezentacyjnej sekretarki… pani nie ma żadnych doświadczeń, to ma być pani pierwsza praca… powinna pani może zostać najpierw gońcem w jakimś biurze, zobaczyć na czym polega praca sekretarki – z każdym słowem Emilka zapadała się w sobie, w wielkim fotelu czuła się coraz mniejsza.

Zupełnie zrezygnowana poddała się jeszcze przed walką. Tu też nici z tego, no to kaplica – pomyślała przestając go słuchać. Miała już się podnosić i wyjść, kiedy szeroko otworzyły się drzwi i stanęła w nich ta kobieta z poczekalni. Emilka dopiero teraz skojarzyła że to odchodząca sekretarka. Teraz uzmysłowiła sobie różnicę między nią a sobą – lata świetlne…
– Wychodzę. Jak zmienisz zdanie, wiesz jak mnie znaleźć – powiedziała pewnym siebie głosem zwolniona sekretarka.
– Nie licz na to. To twoja następczyni … – dziewczyna nagle przebudziła się z letargu.
Piękność obrzuciła ją wyzywającym spojrzeniem i szyderczo rozciągając w fałszywym uśmiechu usta, trzasnęła drzwiami.

Siedział zamyślony. Emilka bała się głębiej odetchnąć.
– No więc pani Emilio… Ma pani pracę – powiedział spokojnie. – Ale musimy z góry ustalić parę rzeczy – zamilkł skupiony na dłuższą chwilę. – Po pierwsze, osobiście zajmę się pani edukacją… znajdziemy jakieś kursy dla sekretarek, stenotypistek… może jeszcze jakieś… Po drugie, musi pani zmienić image… koniecznie coś zrobić z tymi włosami i od jutra żadnych dżinsów, podkoszulków… tutaj musi pani pracować w garniturach, garsonkach albo nie ekstrawaganckich sukienkach w stonowanych kolorach. Obowiązuje panią także dyskretny makijaż – broń Boże wyzywający. Ma pani być wizytówką mojej kancelari, więc wymagam smaku, dyskrecji i dyspozycyjności przez cały dzień. Po trzecie i najważniejsze… musi pani wykonywać bez szemrania wszystkie moje polecenia.

To ostatnie zdanie zabrzmiało absolutnie dwuznacznie, ale oszołomiona nagłym zwrotem sytuacji dziewczyna, zupełnie nie zwróciła na to uwagi. Rozpierało ją szczęście, miała ochotę go ucałować z radości i zgodzić się na wszystko, byleby ten sen nie prysł jak mydlana bańka.
– Oczywiście proszę pana – wykrztusiła cichutko ze ściśniętym gardłem. – Postaram się pana nie zawieść.

Wracała do domu jak na skrzydłach. Dopiero tam Elwira uzmysłowiła jej że nic nie wie o swojej pensji, godzinach pracy, obowiązkach… ale nic nie było w stanie zepsuć jej humoru. Dopiero wieczorem, kiedy zaczęła myśleć co na siebie jutro założyć, wpadła w lekką panikę. Na szczęście zabrała z domu swój maturalny strój, który teraz okazał się być na wagę złota. Buty były problemem, ale wiązane sandały na średnim słupku, mogły ostatecznie ujść jeszcze o tej porze roku, zwłaszcza że było ciągle w miarę ciepło.

Już przed ósmą była przed kamienicą. Przez domofon z biura nikt nie odpowiadał, a kiedy udało jej się dostać przed drzwi kancelarii, okazały się na głucho zamknięte. Wyszła i spacerowała po ulicy starając się nie stracić z oczu wejścia. Dopiero kilka minut po dziewiątej podjechał pod drzwi wejściowe pracodawca – oczywiście luksusowym samochodem. W trzy sekundy stała obok auta. Dopiero teraz ją dostrzegł.
– Dzień dobry. Zapomniałem wczoraj dać pani klucze, tak szybko pani wybiegła…

Szła za nim jak cień. Weszli razem do poczekalni.
– Zwykle zaczynamy pracę o dziewiątej. Pani trochę wcześniej, robi mi pani kawę i przygotowuje dokumenty według listy, którą zostawiam pani na biurku poprzedniego dnia…

Tak zdobyła pierwsze instrukcje. Tego dnia było tylko dwóch umówionych wcześniej gości, więc prawie cały pozostały czas, pryncypał poświęcił jej. Dowiedziała się wielu rzeczy, od obsługi ekspresu do kawy i sposobu jej parzenia, po obsługę wszystkich urządzeń w biurze.

Wcale go to nie pociągało, ale tylko on mógł jej wszystko objaśnić. W miarę spędzonego ze sobą czasu, coraz lepiej czuli się w swoim towarzystwie. Szybko dostrzegł jej dziką urodę ale też jej… prowincjonalność. Bawiło go że chłonęła wszystko jak gąbka patrząc na niego cielęcymi oczami.

Tak minął pierwszy dzień, potem drugi, nadszedł trzeci. Na tyle już się oswoiła z biurem i ze swoim pracodawcą, że kiedy była przy swoim biurku sama, pozwoliła sobie zdjąć marynarkę. Spod białej bluzki bez rękawów, pod pachami ukazały się ciemne włoski. Zauważył.
– Przykro mi że tak bezceremonialnie… Nie golisz się pod pachami?
Na początku nie wiedziała o co mu chodzi, kiedy zrozumiała, oblała się rumieńcem i nie wiedziała co odpowiedzieć.
– To trochę nieestetycznie… poza tym niehigienicznie – wiedział że może sobie z nią pozwolić na wiele, bardzo wiele.

Od innej dostałby w twarz za taki tekst i pewnie by się pogniewała na długo, a ta gówniara czuła się winna i zawstydzona. Przy pierwszej okazji, mimo upału w biurze założyła marynarkę. Postanowił pójść dalej i wyjaśnić tę kwestię do końca. Pół godziny później wysłał ją po jakieś zupełnie niepotrzebne akta na najwyższą półkę. Musiała wejść na drabinkę a on oczywiście tą drabinkę usłużnie podtrzymywał. To co zobaczył go oszołomiło. Ciemny busz wystawał po bokach rozciągniętych majteczek… Majteczek?… Majtasów!!! U zbiegu ślicznych ud, dostępu do zarośniętego skarbu broniły bure, porozciągane, poprzecierane na szwach majtasy!!! Stracił ochotę na dłuższe oględziny. O mało nie spadła, bo zapomniał że miał trzymać drabinę…

Trochę później pokierował rozmową tak, że zeszli na temat higieny.
– …kobiety dzisiaj mają owłosienie chyba tylko na głowie – coraz mocniej wciągało go formowanie tej mimo wszystko ładnej i pociągającej go gąski.

Wracała do domu wolnym krokiem, intensywnie myśląc o tym czego się dziś dowiedziała od pana Irka. Pan Ireneusz Wolański… dzisiaj dla tego człowieka, była gotowa na wszystko, no… prawie wszystko. Po drodze w Rossmanie kupiła jednorazową maszynkę do golenia.

Elwiry nie było w mieszkaniu. Zamknęła się w łazience, rozebrała do naga i stojąc przed dużym lustrem, próbowała sobie wyobrazić jak wyglądałoby jej ciało bez jednego włoska. Po jakimś czasie doszła do wniosku, że nie ma co myśleć, trzeba to urzeczywistnić.

Widziała wiele razy jak golił się ojciec, ale nie miała żadnego żelu do golenia, pianki czy mydełka. Napuściła wody do wanny, usiadła namydlając dokładnie całe ciało zwykłym mydłem a szczególnie pachwiny. Może intuicyjnie wiedziała że potem będzie łatwiej golić zmiękczony, mokry zarost.

Pod pachami poszło szybko, chociaż trochę łaskotało i ciągnęło. Szybko wyczuła co zrobić i jak golić, żeby skóra była gładziutka, bez najmniejszego włoska. Gorzej było, gdy zabrała się za cipkę. Usiadła na brzegu wanny szeroko rozwierając uda. Piekło i bolało, a długie włoski zapychały ostrza maszynki. Szybko doszła że musi je skrócić nożyczkami… Teraz poszło już o wiele łatwiej. Nie pomyślała nawet o paseczku ani małym trójkąciku… przecież pan Irek powiedział, że dziś kobiety tylko na głowie…

Schody się zaczęły kiedy sobie uzmysłowiła że przecież między wargami i udami, oraz na samych wargach też są włoski. Wyglądało to przy wygolonym dokładnie wzgórku trochę – nawet dla niej – nieapetycznie. Rozłożyła nogi jeszcze szerzej, próbując naciągnąć wargę tak, żeby łatwiej było golić. Można to było zrobić łatwiej, jeśli włożyło się w dziurkę dwa palce i mocno ściągnęło wargę kciukiem… Jedna strona czyściutka, teraz to samo z drugą… Napinając skórę, palce wsuwały się w norkę coraz dalej. W ferworze golenia, pierwszy dreszcz przeszedł prawie niezauważony, drugi już ją troszeczkę zastanowił, następne wstrząsnęły nią mocno. Cipeczka była już golutka, włoski zostały na kafelkach. Odłożyła powoli golarkę i wróciła do wanny. Skóra wokół norki była zaczerwieniona i piekła, ale to było całkiem przyjemne pieczenie. Pod wodą jej ręka powędrowała na punkty zapalne między udami. Skóra była przyjemnie gładziutka jak pupcia niemowlaka. Ale między wargami coś wystawało, nigdy do tej pory nie zwróciła większej uwagi na łechtaczkę, nie wiedziała nic konkretnego o roli tego teraz tak twardego zgrubienia nad wargami, a każde dotknięcie tam było boleśnie przyjemne… bardzo przyjemne. Środkowym palcem zaczęła pocierać dziwnie stwardniały wałeczek, przymknęła oczy. Powróciła intuicyjnie do najprzyjemniejszych wspomnień ostatnich dni, do pana Irka, pocierając coraz mocniej wałeczek… Nagły wstrząs rzucił jej ciałem. Nie wiedziała co się stało, ale chciała jeszcze… następny wstrząs prawie pozbawił ją przytomności. Głęboko oddychała, trzymając kurczowo zaciśnięte uda na bezustannie pracującej ręce…

Nie wiedziała ile czasu spędziła w wannie, ale kiedy wyszła był już późny wieczór. Bosko zmęczona rzuciła się naga w pościel i momentalnie usnęła.

Następnego dnia w kancelarii zapanował słodki bezruch. Żadnej umówionej wizyty, żadnej sprawy w sądzie. Wolański mógł poświęcić się temu co ostatnio wciągało go najbardziej – tresurze jego słodkiego materiału na sekretarkę. Już rano zauważył, kiedy przynosiła mu kawę w ciągle tej bluzeczce bez rękawów, że spod pach nie wystawał nawet cień włoska. Zaraz… przecież odkąd zaczęła tu pracować, ciągle jest ubrana tak samo… No tak, przecież mieszka u koleżanki, niedawno tu przyjechała… Reszty domyślił się bardzo łatwo.
– Słuchaj Emilko, za kilka dni czeka nas kilka spraw w sądzie i spotkań z klientami na mieście. Czasami to może bardzo długo potrwać, trzeba będzie się mocno sprężać. Może nie być czasu na posiłki, może nawet na sen… Proponuję żebyś przyniosła sobie do biura na wszelki wypadek jakiś zapasowy strój, kosmetyki, szczoteczkę do zębów i co ci tam jeszcze może być potrzebne.

Milczała coraz bardziej się czerwieniąc. Po dłuższym milczeniu wydusiła:
– Muszę sobie kupić parę rzeczy… Ale jeśli będę potrzebna, może pan na mnie liczyć – zakończyła o wiele pewniej niż zaczęła.
– Zapomniałem ci powiedzieć, że będę ci płacił co piątek. Nie ustaliliśmy wprawdzie wysokości twojej pensji ale chyba powinnaś być zadowolona. Na ile liczysz?
Znowu ją zaskoczył. Nie myślała o tym, chociaż od dwóch dni żywiła się bułkami z topionym serkiem. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Milczała z wzrokiem wbitym w dywan.
– Będę ci płacił co piątek powiedzmy… osiemset złotych. Wystarczy?

Nie liczyła na więcej niż tysiąc dwieście, może tysiąc pięćset miesięcznie, a tu dostawała dwa, trzy razy więcej. Gdyby była trochę śmielsza, pewnie rzuciłaby mu się na szyję, ale ponieważ nie była, więc z dziękczynnym wzrokiem utkwionym w twarzy dobroczyńcy, wyszeptała tylko:
– Dziękuję.

Wolański wcale nie był tak wspaniałomyślny jakby się wydawało. Zaczynał kilkanaście lat temu u swojego ojca i od tego czasu prawie zawsze miał swoją sekretarkę. Ojciec tak samo zresztą jak i matka, byli wziętymi adwokatami o wyrobionym nazwisku, więc usamodzielnili synka bardzo szybko i skutecznie. Nie potrzebował zabiegać o klientów, sami się znajdowali, niejednokrotnie myląc go na początku znajomości z ojcem. Ponieważ był naprawdę dobry i wyszczekany, do tego miał nazwisko, jego życie stało się nieustającym pasmem sukcesów. Ale wracając do sekretarek; żadnej swojej nie przepuścił, wszystkie wcześniej czy później przeturlały się przez jego łóżko. Dawniej podbierał nawet ojcu i matce co młodsze i smakowitsze… Przez te wszystkie lata piął się błyskawicznie w górę zarówno finansowo jak i porastając w piórka prestiżu, aż stał się w prawniczym światku najbardziej pożądaną partią. Wiele sekretarek, młodych prawniczek usiłowało go usidlić, ale nie wiedziały czego on tak naprawdę poszukuje. A ten brał pełnymi garściami co dawały, i po miesiącu, dwóch, trzech zmieniał na nowszy model. Ostatnia sekretarka – Rita, też myślała że ma go w garści i kiedy odważyła się postawić mu ultimatum – ślub albo szlaban, na drugi dzień znalazła w gazecie ogłoszenie o pracy dla sekretarki z dziwnie znajomym numerem telefonu… Przegrywały jeszcze zanim się dowiedziały że przegrały.

A on był stuprocentowym samcem. Zawsze, zwłaszcza w związkach z kobietami, musiał wieść prym. Jeśli seks to tylko ostry i tak jak on chciał, jeśli wspólne życie to tylko z nim w roli przewodnika stada.

Te wszystkie laski nie wiedziały o tym, że kiedy tylko wykazywały odrobinę samodzielności, albo nawet nie odrobinę a więcej… a już nie daj Boże w łóżku, zostawały wykreślane z listy na kandydatkę na żonę, chociaż przeważnie dalej były używane.

Dzisiaj miał dobry dzień.
– Wiesz co Emilka. Właściwie nic dzisiaj już chyba nie zrobimy, zapraszam cię na obiad, a potem pójdziemy na zakupy. Potraktuj to jako moją iwestycję w firmę – wcale nie kłamał, zapomniał tylko dodać że firma jest na drugim miejscu a jemu chodzi przede wszystkim o tresurę i jej zdobycie.
Dziewczyna otworzyła tylko usta ze zdziwienia i wyszeptała następne:
– Dziękuję.

Zabrał ją do włoskiej restauracji. Knajpka była przytulna ale niesamowicie droga, chociaż z drugiej strony dawali w niej dobrze zjeść, dlatego zawsze była pełna. Właściciel zobaczył go jeszcze w drzwiach i podbiegł w pląsach aż się śliniąc do sutego napiwku.
– Panie mecenasie, zapraszam do sąsiedniej sali.

Oczywiście to była sala tylko dla wybranych, były w niej tylko cztery loże tak usytuowane, że goście nie widzieli sąsiednich stolików sami nie będąc widzianymi. Można było tam ubijać wszelkie, nawet te szemrane interesy, dlatego chodziły słuchy że to ulubione miejsce spotkań naszej rodzimej – podobno nieistniejącej – mafii. Można było tam też spędzić czas bardziej romantycznie, nie narażając się na plotki. Już kilkukrotnie to co tutaj zaczął z innymi sekretarkami, miało ciąg dalszy u niego albo u niej… Dzisiaj w planach miał tylko dalsze oswajanie.

Emilka była mocno oszołomiona szybko po sobie następującymi zmianami. Siedziała w drogiej knajpce bez grosza przy duszy z obiektem swoich westchnień, tak głodna że zjadłaby konia z kopytami. Przystawki znikały ze stołu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, na zupę formalnie się rzuciła, zwolniła trochę przy pieczeni, dopiero przy deserach doszła do siebie delektując się nimi.

Na początku patrzył z zaskoczeniem jak dziewczyna pochłania jedzenie, by potem z uśmiechem i niemałą przyjemnością obserwować jej zachowanie. Była taka naturalna i rozkoszna z wypchanymi policzkami. Kiedyś będzie musiał jej podrzucić jakiś savoir-vivre do poczytania do poduszki, ale teraz rozkoszował się pięknym widokiem. Tiramisu z lampką wina kończyły ucztę.

Emilka w pewnej chwili poczuła jak jego kolano lekko dotyka jej uda i jej ciało przeszył dreszcz. Jak wczoraj w wannie – pomyślała. Dotknął ją przypadkowo i tylko przez chwilę, ale poczuła natychmiast to przyjemne mrowienie między udami. Kiedy wstawali od stolika, poczuła dziwną śliskość na udach. To nie może być okres, skończył mi się tydzień temu – pomyślała spanikowana. Dyskretnie przy wstawaniu rzuciła okiem pod spódnicę. Ani śladu krwi, ale dziwnie błyszczały klejąc się do siebie.

Trzymając ją za łokieć, prowadził ją do pobliskich butików. Kilka dni temu tutaj była, nie mogła się napatrzeć wystawom, ale po wejściu do jednego dostała „szoku cenowego” i pozostałe już sobie odpuściła, zostając już tylko przy wystawach.
Wolański pewnym krokiem wszedł do pierwszego z brzegu, prawie ją za sobą ciągnąc. Twarz starszej ale ciągle pięknej kobiety za ladą przyoblekła się w radosny uśmiech.
– Dzień dobry panie mecenasie. Czym mogę służyć? – zapowiadał się kilkudniowy utarg w godzinę.
– Dzień dobry pani Irenko – jego twarz również pojaśniała w uśmiechu. – Przyprowadziłem pani dobrą klientkę – na twarzy za ladą pojawił się jeszcze bardziej błogi uśmiech. – Będziemy potrzebowali paru ładnych ciuszków… jakąś garsonkę, sukienkę, może jakiś damski garnitur… zresztą sama pani wie najlepiej w czym chodzą moje sekretarki.
– Oczywiście panie mecenasie – kobieta baczniej przyjrzała się Emilce.

Nie odważyła się nawet pokręcić głową, ale wiedziała swoje. Poprzednie, to były sekretarki. To coś za jego plecami nawet się do nich nie umywało. Ale szansa na duży zarobek wyrwała ją z letargu. Rzuciła się między wieszaki nie pytając nawet o rozmiar. Wprawne oko widziało swoje. Wkrótce na ladzie piętrzył się stos garsonek i sukienek.
– Na co czekasz Emilko? Przymierzaj i wybieraj – ponaglił pryncypał.

Drżącymi rękami wzięła dwie pierwsze z góry. Nigdy jeszcze nie miała tak pięknych ubrań,nawet w ręku, nigdy też nie miała takiego wyboru… W przebłysku świadomości szczelnie zasunęła przed nosem zawiedzionej pani Irenki zasłonę przymierzalni, wstydząc się swojej „bielizny”. Po minucie usłyszała od lady głos pana Irka:
– Pokaż nam się Emilko.

Oszołomiona, szczęśliwa, pokazywała im się co pięć minut w innym ubraniu, a oni komplementowali jej wygląd, zwłaszcza że rozpuściła – co prawda niechcący – swoje piękne włosy… W oczach pani Irenki nagle stała się pełnokrwistą sekretarką; adwokat stawał się coraz bardziej małomówny a wyraz jego twarzy mówił, że upewniał się po każdym wyjściu coraz mocniej, że dokonał dobrego wyboru. Po gorących dyskusjach wybrali wspólnie dwie garsonki, sukienkę i garnitur – jakościowo i cenowo wszystko z „najwyższej półki”. Dziewczyna przestała oddychać, kiedy usłyszała ceny. Wolański nie zwracając uwagi na rachunek, zapłacił wszystko kartą jakby przypadkiem, cały ten czas rozmawiając ze sprzedawczynią.

Objuczeni, znaleźli się przed wejściem. Emilkę roznosiła radość, chciało jej się tańczyć, rzucić się na szyję panu Irkowi, zrobić cokolwiek szalonego, ale tylko dreptała za chlebodawcą , usiłując dotrzymać mu kroku.
– Do takich ubrań, musimy jeszcze dokupić buty i bieliznę, żeby wszystko było „perfect” – oznajmił jej z uśmiechem pryncypał.

Tego popołudnia dostała jeszcze dwie pary cholernie drogich, markowych szpilek i pełną reklamówkę markowej bielizny w różnych kolorach. Przy wybieraniu adwokat delikatnie zasugerował, żeby wybierała „damskie bokserki”, ale potem sam dorzucił ukradkiem kilka par stringów kasjerce. Biustonosze już sobie odpuścił, popijał kawę w wygodnym fotelu wysyłając „swoją gąskę” z doświadczoną (następną znajomą) sprzedawczynią.

Był zadowolony z zakupów, teraz był zaintrygowany tylko jednym – jak Emilka znajdzie się w takiej sytuacji. Nie mógł się doczekać poniedziałku, żeby ją sobie obejrzeć „dokładniej”. Kiedy wróciła z biustonoszami, żeby nie zapomnieć, wręczył jej dyskretnie tygodniówkę – cała w pąsach przyjmowała swoją pierwszą wypłatę. Zasugerował przy tym delikatnie, że powinna wydać trochę na kosmetyki… Potem jeszcze przypomniał sobie o bluzkach. Wybrał od razu trzy: białą, łososiową i jasno błękitną.

Zadowolony z siebie, zapakował dziewczynę razem z siatkami do taksówki, opłacił z góry taksiarza i wolnym kroczkiem poszedł do swojego samochodu.

Ciekaw był bardzo, jak dziewczyna po otrząśnięciu się z szoku zareaguje. Przyjmie taki prezent jako coś normalnego – inwestycję w firmę – jak sam to wcześniej określił, czy będzie chciała mu się odwdzięczyć. A jeśli tak, to jak? Pełen kosmatych myśli i pragnień dojechał do domu. Zajmowała jego myśli cały weekend. Żałował teraz że nie wymyślił jakiegoś „pilnego” zajęcia na sobotni poranek, mógłby ją przy okazji zabrać na lunch. Zdał sobie teraz w końcu sprawę z tego, że podświadomie jej pragnął odkąd ją po raz pierwszy zobaczył. Gdyby ktoś wcześniej odważył się to mu powiedzieć, wybuchnąłby śmiechem… za dobrze mu się wbił w pamięć jej widok, kiedy pytała o pracę… I dlaczego ją przyjął? Teraz już był pewien, że zagranie na nosie Ricie, było tylko jednym z powodów…

Przez te lata kiedy zdobywał i pozycję i kasę, zdążył nauczyć się jednego. Czym innym było wykorzystanie swojego stanowiska i zmuszenie jakiejś opornej laluni do uległości – czasami nawet gwałtem, bo i tak się zdarzało, czym innym wykorzystanie lecącej na niego (z różnych powodów) i gotowej na wszystko samicy, a zupełnie czym innym rozpalenie niewiniątka do tego stopnia, żeby zapomniało o skrupułach i „nieprzekraczalnych” granicach. To ostatnie było zresztą najprzyjemniejsze i warte każdego wysiłku… i każdych pieniędzy.
Czekał go samotny ciężki weekend.

Kiedy Emilka otwierając sobie łokciem drzwi wejściowe, wdzierała się z szelestem toreb do mieszkania, Elwira zaskoczona aż uniosła się z kanapy.
– Co ty tu przytachałaś…? – spytała stopniowo milknąc, bo zdążyła już poznać kilka marek po ich logo na reklamówkach.
– Ubrania robocze – wesoło roześmiała się Emilka.
– „Ubrania robocze” – z przekąsem powtórzyła świeżo upieczona studentka. – Pokaż je.
Emilka w stroju maturzystki, ze szczęściem tryskającym z oczu, perliście się śmiejąc, wyglądała jakby zdała kolejną maturę. Zarzuciła siatkami całą kanapę wskakując między nie z rozmachem. Kolorowe opakowania już wkrótce zasłały całą podłogę, a one zaaferowane oglądały każdy ciuszek ze wszystkich stron. Obie miały wypieki na twarzach i obie zaczęły zaraz wszystko przymierzać, kumpela odpuściła tylko bieliźnie, ale i tak dokładnie obejrzała każdą sztukę… Obie prawie nagie kompletowały zestawy, próbując łączyć coraz to inne elementy. Elwira wyciągnęła trochę swoich najlepszych ciuchów… Chociaż ustępowały jakością szmatkom „sekretarki”, spotęgowały możliwości tworzenia coraz to nowych zestawów. Było już po dziesiątej wieczorem, kiedy w końcu oprzytomniały. Półnagie, siedząc blisko siebie zaczęły roztrząsać ostatni dzień.

– Emi, nie wydaje ci się trochę dziwne, że dostałaś to wszystko ot tak… za darmo?
– Mówiłam ci już pięćset trzydzieści osiem razy, że Wolański chce żebym godnie reprezentowała jego kancelarię.
– Słyszałam, ale to normalnie oznacza jedną garsonkę, jak ma gest to dwie ale nie od Gucciego albo YSL. Do tego super buty i nawet majtki? Nieee… Coś tu jest nie tak…
– Co nie tak? Nie znasz faceta – zaperzyła się Emilka – a go osądzasz.
– Na takie zakupy co niektórzy jeżdżą do Paryża… albo Londynu. Naprawdę nie czujesz że coś tu nie gra?
– Nooo… co masz na myśli?
– Facet chce cię przelecieć… albo już to zrobił. Ale bezspornie ma gest…
– Przestań bredzić. Nawet na mnie nie spojrzał jak na… Zresztą ja jeszcze nigdy…
– Poważnie?… Jesteś cnotką?
– No i co! To takie dziwne?
– Nieee. W sumie nie… ale nie przypuszczałam… A ten Sebastian co się za tobą włóczył prawie do matury? Nie zrobiliście tego?
Dociekliwość Elwiry była męcząca, ale jej zdrowy, trzeźwy rozsądek, już nieraz wyprowadził marzycielkę z kłopotów. A teraz jeszcze nastrój i pora nastrajały do zwierzeń.
– Nie. Kiedyś po szkolnej dyskotece chciał to zrobić na klatce schodowej, ale udało mi się wyrwać… No, może nie do końca, bo włożył mi do ust…
– Poważnie… połknęłaś?
– Nie. Uciekłam zaraz. A ty?
– Co ja? Aaaa… już zapomniałam kiedy ją straciłam – studentka gorzko się roześmiała.
– I co? Żałujeeesz? – wypieki na twarzy Emilki się pogłębiały z każdą sekundą.
– Ja? Nieee – Elwira znowu spojrzała na górę ciuchów przed nimi. – Ale za nie jeszcze zapłacisz – pokazała brodą stos szmatek, wracając do poprzedniego tematu.
– Znowu?… Przestań!
– Jestem pewna że dni twojej cnoty są policzone… i nie zostało ich już wiele. Hahaha…
– Oby.
– Hahahahahaha
– Przestań już – nagle coś jej się przypomniało. – Muszę jutro kupić trochę kosmetyków, pomożesz?
– Jasne. Chodźmy spać. Jutro to się porozwiesza w szafie.

Nazajutrz w sobotę już przed południem były w największym hipermarkecie. Emilka już wiedziała gdzie jest Rossmann i tam się skierowała. Elwira gdy tylko zrozumiała gdzie idą, zaniosła się niepohamowanym śmiechem.
– Założysz komplet od Balanciagi i chcesz się pokropić „Czarem Paryża” za dwie dychy? – prawie usiadła ze śmiechu na środku przejścia.
– A czym? – Emilka skulona nie wiedziała co ma teraz zrobić.
– Chodź, pokażę ci gdzie się kupuje prawdziwe kosmetyki – ciągle się śmiejąc pociągnęła za sobą kumpelę.

To było to. Można było dostać orgazmu tylko od samych zapachów. Wokół całe stado ekspedientek, ale żadna się do nich nie pofatygowała, chociaż brzuchate mamuśki obskakiwały po dwie, trzy naraz. Kiedy zaczęły sprawdzać próbki, jedna raczyła się pojawić, ale ją spuściły. Teraz zaczęło się testowanie. Po kilkunastu minutach brakło im miejsca na dłoniach, nadgarstkach i w końcu przedramionach, bo każde perfumy w połączeniu z każdą skórą, tworzą inną kompozycję zapachową. Dlatego wszystkie kobiety używające tych samych perfum, pachną każda inaczej. Możnaby się pokusić o stwierdzenie, że zapachów jest tyle ile jest kobiet… Wybrały w końcu dwie buteleczki i nie wiedziały na którą się zdecydować. Decyzja – bierzemy obie, kosztowała je ponad pięć stów. Do tego dezodorant, cielista szminka, błyszczyk, dobry lakier do paznokci, odżywka do włosów… i w następnym tygodniu znowu bułki z topionym serkiem. Ale na pociechę za taką sumę dostały gratis pół torby reklamówek szamponów, kremów, a nawet perfum.

Zaraz po powrocie Emilka otworzyła buteleczkę perfum, które najbardziej jej się podobały i zaczęła się nimi spsikiwać. Koleżanka z krzykiem jej je wyrwała.
– Oszalałaś. Tego się tak nie robi. Przecierasz odrobiną za uszami, na szyi, czasem między piersiami ale tak żeby je było czuć najwyżej dwadzieścia centymetrów od ciebie. Facet musi być naprawdę blisko żeby je dobrze wyczuć, inaczej będziesz śmierdzieć jak dziwka z remizy strażackiej w sobotnią noc! Ta buteleczka powinna ci starczyć przynajmniej na pół roku.
Człowiek się całe życie uczy… życia. Emilka zaczynała od podstaw.

W poniedziałek Wolański po wejściu do kancelari dostał oczopląsu. Obok biurka w poczekalni stała piękna młoda kobieta w jasnej garsonce i dobranej kolorystycznie bluzce. Na długich, zgrabnych nogach – szpilki. Delikatny makijaż i spięte w koński ogon puszyste, kręcone włosy, sprawiły że jej twarz, była równie piękna i interesująca, jak twarze z reklam kosmetyków.

Widząc wrażenie jakie wywarła na pryncypale, Emilka radośnie się uśmiechnęła, co jeszcze przydało blasku jej twarzy. Adwokat szybko się otrząsnął i kręcąc tylko głową, z uśmiechem schował się u siebie w gabinecie. Nie mógł wyjść z podziwu, ale żeby upewnić się do końca, wysłał ją zaraz oczywiście na najwyższą półkę po stos niepotrzebnych mu wcale dokumentów. Nie omieszkał oczywiście jej pomagać przytrzymując drabinę i odbierając od niej pożółkłą makulaturę. Spódniczka do połowy uda i ustawienie drabiny tak, żeby musiała się mocno z niej wychylać, pozwoliły zlustrować… wszystko. Koronkowe białe majteczki pozwoliły obejrzeć wygoloną apetyczną bruzdkę, a widok nienagannych ud na tle wnętrza spódniczki, postawiły jego męskość na baczność. Emilka domyślając się że to zrobi, przyłapała jego wzrok na swoim kroczu, ale nie dała tego po sobie poznać, a nawet jeszcze specjalnie wychylając się mocno, niby dla równowagi odchylała nogę kilkukrotnie, pokazując mu dokładnie wszystko… z czystej przekory. Ta mała perwersja wywołała całkiem duży rumieniec na jej twarzy; nie mogła nad tym zapanować. A kiedy już zeszła, od razu zobaczyła wypukłość na eleganckich spodniach pracodawcy…

Po godzince znowu została wezwana do gabinetu.
– Wiesz Emilko, czas przejść do konkretów. Przez tydzień poznałaś już wszystko, ale twoja praca polega na przygotowywaniu absolutnej większości dokumentów wychodzących z kancelarii – ostatnio sam to musiałem robić. Czas zasiąść do komputera. Weź to – wręczył jej gruby plik kartek – i spróbuj bezbłędnie, jak najszybciej je przepisać a potem je sprawdzimy. Aaa… i od jutra zapisałem cię na kurs komputerowy, codziennie od piętnastej do dwudziestej przez dziesięć dni… Tu masz adres i pokwitowanie opłaty.
– Dobrze proszę pana – odebrała świstki rzucając od razu na nie okiem; ten kurs wcale nie był taki tani.
– Od jutra przez ten czas pracujesz do czternastej trzydzieści.
– Dobrze proszę pana – z zajętymi obiema rękami cicho zamknęła za sobą drzwi.

Od razu siadła do klawiatury. Musiał te wręczone do przepisania dokumenty dobrać wcześniej według jakiegoś swojego klucza, bo sztuką było je znaleźć w komputerze – nie miała jeszcze pojęcia o wyszukiwaniu plików. Kiedy już jakiś udało jej się znaleźć, zaczynały się schody z interpunkcją, czcionką, znakami specjalnymi… Wręczone jej wzory, były idealne (jak to wzory), a jej nie dość że co i rusz pokazywały się czerwone wężyki pod świeżo napisanym tekstem, to jeszcze znienacka zmieniała się czcionka, potem doszły kłopoty z odstępami, potem jeszcze z drukowaniem… Coś co doświadczonej sekretarce zajęłoby dziesięć minut, jej zajęło czas do lunchu a i tak efekty były opłakane. Wbrew poglądom większości ludzi, sekretarka musi nie tylko wyglądać, pachnieć i umieć parzyć kawę; nie mówiąc już o podobno wpisanym w umowę „zadawalaniu” szefa. Ta praca jest o wiele bardziej skomplikowana. Większości dobrych sekretarek, szef powinien odpalać połowę swojej pensji…

Kiedy pryncypał wychodził na lunch, wściekła, ze łzami w oczach musiała po raz kolejny zaczynać poprzednią stronę od nowa. Z drwiącym uśmieszkiem sprawdził jej dotychczasowe wypociny.
– Ten kurs jest ci absolutnie niezbędny, powinien ci się bardzo przydać… a teraz zostaw to i chodźmy coś zjeść. Zapraszam cię…

Nie pozwoliła mu czekać, ale ambicja i wrodzona perfekcyjność nie pozwoliły zapomnieć o licznych porażkach w walce z komputerem z ostatniego poranka. Potrafił jej poprawić humor podczas posiłku, ale teraz już nic nie mogło zmienić jej obaw o najbliższe dni. Jakaś cząstka jej świadomości, była teraz bezustannie spanikowana a ona sama zaczęła zadawać sobie pytanie: czy dam sobie radę?

Przez następne dni rano znerwicowana zrywała się przed czasem z łóżka, w biurze próbowała dać z siebie wszystko, jednak tworzenie w miarę estetycznych i bezbłędnych dokumentów było ciągle nieosiągalne. Po lunchu, albo i bez lunchu, biegła na kurs komputerowy; starała się zapisywać dosłownie wszystko, ale i tak prawie wszystko było dla niej czarną magią. Wieczorem żebrała u Elwiry o laptopa i siedziała do późna w nocy, próbując utrwalać to co po południu na kursie zdążyła zapisać. Kiedy jej się coś udało, cieszyła się jak dziecko… Rzadko się cieszyła.

Po ukończeniu kursu, wiedziała o wiele więcej, ale ciągle o wiele za mało. Kilka dni po nim, została zapisana na następny kurs – kurs dla sekretarek. Prawie dwa miesiące codziennie od siedemnastej do dwudziestej pierwszej oprócz weekendów. Tym razem komputer był tylko małą częścią całego kursu, ale za to znajome z kursu rozwiązywały prawie wszystkie jej komputerowe problemy w kilkanaście sekund, poza tym zdobyła wiele jak dla niej bezcennych wskazówek: jak rozmawiać z interesantami, dotyczących wyglądu i zachowania, ale także jak postępować z pracodawcą…

Od dwóch miesięcy nie miała prawie prywatnego życia, a do tego pryncypał tworzył ciągle sam wszystkie bardziej skomplikowane dokumenty… I tak ma cierpliwość, a ja szczęście, że jeszcze mnie nie wyrzucił… – myślała wielokrotnie kładąc się spać.
Kiedy skończyła i ten kurs, czas było odpracować darowane jej właściwie wspaniałomyślnie pieniądze. Bo co do tej pory zrobiła? Kilkadziesiąt kaw, jakieś prościutkie oświadczenia i … była?… pachniała?… Za to przeważnie nikt nie płaci kilku tysięcy miesięcznie.

Tego ranka miał marny humor. Wchodząc, ledwie mruknął – dzień dobry, nie uśmiechnął się jak zwykle, do tego trzasnął za sobą drzwiami gabinetu… Emilka jak zawsze stała obok krzesła na baczność podczas witania szefa. Cała była uśmiechem i oczekiwaniem… Po trzaśnięciu struchlała i osuwając się na krzesło pomyślała o najgorszym, wywaleniu jej na zbity pysk. Szybko zerwała się nalewając kawę i niosąc ją w drżących dłoniach. Nie raczył nawet na nią spojrzeć. Postawiła cichutko filiżankę i bezszmerowo planowała zniknąć.
– Proszę na jutro zrobić mi wyciąg z tego przesłuchania. To co mnie interesuje jest podkreślone. Właściwie proszę to mi oddać z wyciągiem jeszcze dzisiaj przed wyjściem… moim wyjściem.

Po osiemnastej Emilka ciągle stukała w klawisze wpatrzona w monitor. Wyszedł w płaszczu, z teczką. Przystanął na środku poczekalni na moment, pokręcił głową z niezadowoleniem i bez słowa wyszedł. To trwało tylko kilka sekund, więc błagalne ale spóźnione spojrzenie Emilki, zawisło na jego plecach kiedy zamykał drzwi. Za długo namyślała się czy biec za nim i przepraszać… prosić o jeszcze godzinkę… Przepadło, usłyszała silnik jego Jaguara. Teraz już całkiem rozbita, widziała ekran jak za mgłą… O dziewiątej wieczorem dopiero zamykała kancelarię.

Rano już przed ósmą była w pracy. Jeszcze raz przejrzała ten nieszczęsny wyciąg, równiutko go spięła, założyła nową teczkę i to wszystko położyła przed jego fotelem na biurku. Zaparzyła kawę i z duszą na ramieniu nasłuchiwała silnika jego samochodu.
Dzisiaj był jej wyśnionym panem Irkiem. Zauważył głośno że pięknie wygląda, uśmiech nie schodził mu z twarzy:
– Jak tam mój wyciąg? – spytał jakby od niechcenia otwierając drzwi gabinetu.
– Na biurku. Zaraz przyniosę kawę… – nie wierzyła jeszcze w swoje szczęście.
– Dziękuję – i cicho tym razem zamknął drzwi gabinetu.
Był pogrążony w lekturze, kiedy stawiała aromatycznie parującą filiżankę na skraju biurka. Bez słowa znikła jak zjawa, starając się mu nie przeszkodzić.

Jej spokój nie trwał długo. Pół godziny później wezwał ją na dywanik.
– Zastanawiam się czy nie popełniłem błędu, inwestując w ciebie Emilko – od razu dostała z armaty między oczy. – Na dwunastu stronach ponad sto błędów? Zobacz sama – rzucił przed nią na skraj biurka pokreślone na czerwono kartki.
To nie były ortografy, tylko głupie literówki, zjedzone całe wyrazy, albo powtórzone, mnóstwo błędów interpunkcyjnych i źle zrobionych odstępów.

Dlaczego nie zauważyłam tylu pieprzonych błędów, przecież przeglądałam to tyle razy – najchętniej sama spuściłaby po sobie wodę… Stała przed nim drżąca, z płonącymi policzkami nie wiedząc co powiedzieć i nie wiedząc czy w ogóle powinna coś mówić.
– Tym razem czytałem to ja… ale jaki byłby wstyd, gdyby takie coś wyszło z mojej kancelarii do klienta, albo co gorsza do sądu… – obserwował ją jak nabitego na igłę z arszenikiem motyla.
Nie kontrolowała ruchów rąk, mimika twarzy też jej się wymknęła spod kontroli, bezwiednie przestępowała z nogi na nogę.
– Mam propozycję… W przyszłości będziesz miała wybór. Albo powiedzmy… dziesięć złotych za każdy błąd, albo porządnego klapsa.

Emilka struchlała. Nie żal jej było pieniędzy, chociaż głupio byłoby się ich samej wyrzekać. A bicie… Ostatni raz ojciec sprał jej pupę, kiedy miała piętnaście lat i wróciła od koleżanki przed północą… Nie wspominała tego dobrze jeszcze nawet dzisiaj.
– Za ten tydzień już dzisiaj powinnaś mi ty dopłacić do twojej tygodniówki – to przeważyło szalę.

Na drżących nogach, bez słowa, stanęła tuż przed biurkiem pryncypała patrząc mu błagalnie w oczy. Nie spuszczając wzroku z jego twarzy, powoli się pochylała, dotykając w końcu biustem blatu. Jeszcze chwila i leżała od bioder w górę na biurku, wypięta, ciągle wpatrzona w jego oczy.

Dopiero teraz ujrzał na jej twarzy strach pomieszany z niemym błaganiem o litość i… wstydem? Jeśli tak postąpiła, nie dała mu wyboru; jeśli chciał zachować twarz, musiał jej nasadzić klapsów… może lepiej jednak, żeby zapłaciła? Nieee, przecież nie będzie jej zabierał tych paru groszy pozbawiając ją tym samym środków do życia. I proponując jej takie wyjścia, przecież marzył żeby to się tak skończyło. Bokserki dziwnie zaczęły go upijać… Podniecił się tylko patrząc jej w oczy? Dorosły facet – sam z siebie śmiał się w duchu. Patrząc ciągle w te głębokie jeziora, wstał starając się utrzymać ten kontakt tak, żeby jej wzrok przypadkiem nie opadł pół metra niżej. Sam sobie stworzył sytuację jedyną w swoim rodzaju…

Bardzo wyraźnie widziała zarys jego męskości na cienkim materiale. Nie wpatrywała się, ale poznała właśnie jego gabaryty, jakby jego właściciel stanął przed nią nago. Zresztą, miała dużą wyobraźnię. Miał olbrzymiego … Ta wyobraźnia teraz zapracowała jeszcze mocniej. A co będzie jeśli Elwa miała rację… i nie tylko mi nałoży po… Niech będzie co ma być.
Tracąc go z oczu podłożyła dłonie pod czoło i opuściła głowę, czekając na rozwój wypadków.

Żakiet podjechał do góry, bluzka wysunęła się ze spódnicy ukazując mu pasek śniadych plecków. Opięta spódniczka do połowy uda już nie maskowała w żaden sposób zarysu pośladków i ud. Rozcięcie z tyłu spódnicy podjechało mocno do góry.
– Rozsuń nogi – zachrypiało z wysuszonego gardła.

Co on chce zrobić. Nie zdążę uciec. Z takim facetem nie mam szans. Boże, ale głupio zrobiłam. Pieprzyć tą pracę… pieprzyć jego… no no, Emka, nie posuwaj się za daleko – myśli gorączkowo zaczęły przebiegać przez głowę. Napięcie w niej narastało. Zacisnęła powieki gotowa zerwać się w każdej chwili i uciec z tego gabinetu… tej kancelarii… tej ulicy…

Wbrew sobie, cicho kucnął zaglądając jej pod spódniczkę. Łudził się robiąc to, że zdąży się wyprostować, gdyby wpadła na pomysł żeby wstać. Jej myszka była dobrze widzialna przez białe koronki… taka wydatna… te wnętrza ud są takie jedwabiste… Możnaby było spokojnie umrzeć gdyby objęły moją głowę… albo biodra… – pomyślał

Co on tam do cholery robi? Gapi się na moją pupę? …przecież sam mi wybierał tę spódnicę i widział ją już parę razy…

Pierwsze uderzenie wyparło oddech z jej płuc. Zapiekło. Podrzuciła głową otwierając szeroko usta. Drugie trafiło w drugi pośladek, było równie mocne, jak nie mocniejsze. Znowu podrzuciła głową. Trzecie trafiło tam gdzie pierwsze, ale spotęgowało nieznośne pieczenie. Czwarte tam gdzie drugie. Oba pośladki już płonęły a on znowu i znowu… Każde uderzenie mocno wstrząsało jej ciałem. Bała się ruszyć, spojrzeć do tyłu. Nagle poczuła to. Z wnętrza między udami, zaczął coraz mocniej rozprzestrzeniać się promieniście na całe ciało inny ból. To on usztywnił jej sutki, dopiero teraz poczuła jak są wrażliwe trąc o biurko, kiedy przesuwa się i wraca po każdym uderzeniu. Poruszyła nogami bezwiednie rozstawiając je szerzej. Wargi szparki zaswędziały i przesunęły się po sobie tak łatwo, jakby je ktoś naoliwił.

Uderzał teraz jakoś inaczej, od dołu. Pośladki na zmianę wklejały mu się w dłoń… i zostawały na nich o wiele dłużej niż poprzednio. Czuła teraz ból uderzenia i zaraz po tym słodycz dłoni masującej cały pośladek.
Boże, niech tak bije nawet do wieczora – przemknęło jej przez rozdygotane myśli.

Teraz poczuła zimną wilgoć na wargach – jakbym założyła majtki prosto po praniu – zdążyła pomyśleć, kiedy dłoń „oprawcy” trafiła w szczelinę między pośladkami. Po poprzednich uderzeniach, kiedy szerzej rozstawiła nogi, spódniczka prawie sama podjechała jeszcze bardziej do góry. Gdyby ktoś patrzył od tyłu z poziomu blatu, w jej rozcięciu z tyłu widniało pozbawione już osłony spódniczki, ubrane w białe koronki, ociekające krocze. Jego dwa środkowe palce ześliznęły się i zacisnęły mocno na koronkach. Wstrząsnęło nią. Znowu uderzył, może nawet lżej, ale tym razem palce później, jeszcze mocniej przywarły do śliskich majteczek. Emilką zaczęły rzucać drgawki. Teraz poczuła jak szorują po jej szparce wdzierając się lekko do środka razem z koronkami. Znowu uderzył… i znowu trafił zaraz potem palcami w rozwarte już teraz szeroko wargi.

Poczuła teraz silną męską łapę obejmującą jej całą szparkę, już całe krocze, palce tarły o łechtaczkę, wdzierały między fałdki warg masując je przez koronki, głaskały wewnętrzną stronę ud. Odleciała rzucając się jak ryba na blacie biurka. Resztkami świadomości poczuła przez cienki materiał na biodrze pulsującą, gorącą pałę. To było ostatnie co zapamiętała…

Kiedy podniosła głowę z półomdlenia, zobaczyła go jak zamyka schowane za kotarą drzwi łazienki, ale zdążył krzyknąć tuż przed zamknięciem:
– Przepisz to Emilko jeszcze raz.
Oszołomiona i drżąca zwlokła się z biurka stając na równe nogi. Ledwo dowlokła się do komputera, niosąc w dwóch palcach znienawidzone kartki. Przepisywanie było ostatnią rzeczą, którą chciało jej się teraz robić. Cholera, przecież gdyby ściągnął jej majtki, mógłby zrobić co by chciał, była pewna że nie ruszyłaby palcem żeby czemukolwiek przeciwdziałać. Pewnie jeszcze by mu pomagała. I… przestałaby być dziewicą. Nie mogła pozbierać myśli… Niewidzącym spojrzeniem wpatrywała się w ekran monitora.
Znowu, jak poprzedniego dnia wyszedł do domu kręcąc głową, nie odrywając jej od klikania.

Zaraz po powrocie do domu zamknęła się w łazience i napuściła wody do wanny. Po wymierzonej jej „karze”, siedziała przy biurku zaciskając cały czas uda. Ich drżenie powodowało dziwne swędzenie nabrzmiałych warg, może na odwrót – to swędzenie powodowało drżenie ud. Nie wiedziała. Kiedy sięgnęła pod biurkiem, żeby poprawić przemoczone a teraz prawie sztywne majteczki, przeszył ją prąd. Od tamtej chwili w biurze, odczuwała to jeszcze kilka razy, kiedy ją mocniej obcierały, albo kiedy mocniej zaciskała uda. Chciała natychmiast je zdjąć… i biustonosz też, pozbyć się tej uprzęży. Po nich, następna była spódniczka – teraz dopiero zobaczyła z tyłu jeszcze wilgotną plamkę. Siadła na brzegu wanny sięgając po maszynkę do golenia. Wystarczyło że się nią dotknęła i już poczuła znajomy dreszcz przebiegający uda i budzący gdzieś w głębi rój motyli…
Opuściła łazienkę przed północą i to tylko dlatego że Elwira dobijała się do drzwi, chcąc się umyć i iść spać. Nie słyszała już powrotu koleżanki…

Następnego dnia kolejna wersja leżała na biurku pryncypała, a ona drżała czekając na ocenę. Tym razem znalazł dla niej czas dopiero późnym popołudniem, po wyjściu ostatniego klienta.
– Emilka, chodź tu na chwilę.
Weszła zalękniona, drżąca.
– Dziesięciokrotna poprawa – stwierdził z przekąsem. – Tym razem tylko dwanaście błędów, to sto dwadzieścia złotych czy… – patrzył jej prosto w oczy.
Dziwne, w jego oczach był jakiś diabelski błysk i pożądanie, ale na ustach tkwił nieśmiały, delikatnie niewinny uśmieszek. Zdesperowana podeszła szybko do biurka opierając łokcie o blat.
– Dla tuzina klapsów nie warto nawet wstawać, podejdź tu. Jeśli ten sam błąd powiela się dwa razy, kara musi być odpowiednio surowa – hipnotyzował i palił ją wzrokiem jak bazyliszek.
Kiedy była blisko, złapał ją za rękę pociągając w dół. Opadła tułowiem na jego uda. Pociągnął ją tak że biodra były w górze, biust tarł o bok drugiego uda a głowa zwisała bezwładnie zamiatając włosami podłogę.

Tym razem zadarł jej ciasną spódniczkę na biodra. Nawet nie pisnęła kiedy to robił, jeszcze wierciła biodrami żeby podciągnął wyżej. Ośmielony brakiem oporu, pociągnął za gumkę stringów, ściągając je na kolana. Wierzgnęła, ale przycisnął jej mocno biodra do swoich ud.

Dlaczego idiotka się szarpię, przecież sama tego chciałam. Rano był przymrozek, a ja głupia w prawie mini i założonych po raz pierwszy stringach. Przecież nie jest debilem…

Spadło pierwsze uderzenie, złapała go aż z wrażenia za udo obejmując je mocno ramionami i przyciskając do niego piersi. Drugie było jeszcze mocniejsze, dziś jej nie oszczędzał, a ona wiła się na jego udzie, rozkładając swoje coraz szerzej. Jej nogi w tej chwili, wyglądały jakby płynęła żabką. Motyle w brzuchu już się obudziły, kiedy przekroczyła próg gabinetu, ale teraz już wariowały, a soki zaczęły jej dosłownie spływać po udach na pończochy. Nie liczyła uderzeń. Ostatni raz spadł na pośladek opierający się o jego biodro. Palce wylądowały milimetry od szparki i w sekundę później wśliznęły się prawie bez oporów do środka. Zesztywniała nie wiedząc co zrobić, on był bardziej zdecydowany wpychając je prawie całe i ściskając jej pośladek rozcapierzoną dłonią i kciukiem. Druga dłoń powędrowała pod spód, łapiąc za nabrzmiały biust i pocierając przez przypadek nadwrażliwy sutek. Wyprężyła się z jękiem. Mokre palce w jej szparce zaczęły poruszać się z chlupotem i razem z pocieranym sutkiem doprowadziły ją na szczyt w dziesięć sekund. Z krzykiem i hukiem spadła mu z kolan pod olbrzymie biurko. Leżała, nie mając siły ani ochoty się podnosić. Czuła na sobie jego rozpalone spojrzenie. Podniosła powieki, teraz mierzyli się długo wzrokiem – poddała się, nie mogła z nim wygrać. Uniosła tułów, teraz jej głowa była między jego kolanami; wyjście spod biurka było nieco utrudnione, więc zatrzymała się w tej pozycji, czekając aż trochę się odsunie i pozwoli jej się wyczołgać. Ale ostatnio nieczęsto udawało mu się tam zapędzić jakąś laskę, więc zwietrzywszy okazję, zamierzał się potargować.
– Nie uważasz że mnie też coś się od życia należy? – znowu wpił się wzrokiem w jej oczy.
– O czym pan mówi? – wyszeptała prawie zahipnotyzowana.

Zapomniała że stringi ciągle są pod kolanami, błyszczącego wzgórka nie zakrywa zadarta ciągle na biodra spódniczka… Patrzyła mu w oczy i nie mogła się od nich oderwać.
Powoli rozpinał rozporek, jak na zwolnionym filmie wysuwała się na światło dzienne jego napięta i błyszcząca męskość. Dopiero teraz oderwała się od jego oczu, wpatrując się w potężną pałę z olbrzymią fioletową główką. Bez słowa ujął ją z tyłu za włosy przyciągając do siebie. Klęknęła opierając się o jego uda rękami. Przyciągnął ją jeszcze bliżej. Wyciągnęła odruchowo język otwierając szeroko usta. Przyciągnął ją jeszcze bliżej, wypychając do przodu biodra. Wszedł do połowy i nie było szans na więcej, jeśli nie chciał zrobić jej krzywdy. Trzymając ją za włosy, suwał miękkimi usteczkami i języczkiem po nabrzmiałej, żylastej pale. Onanizował się jej głową.

Czuła się ubezwłasnowolniona, ale nie gwałcona. Starała się przyjąć go jak najgłębiej, ssać, chciała zrobić wszystko żeby był tylko zadowolony i usatysfakcjonowany. Nachylił się nad nią całując jej włosy, kiedy jej głowa zapamiętale atakowała grubego sękacza.

Ujął ją pod ramiona i pociągnął do góry stawiając ją na równe nogi. Stringi opadły na szpilki, nie mogąc ich podciągnąć, po prostu z nich wyszła. Poczuła jak ją odwraca i popycha na biurko. Zdziwiona, znowu stała tyłem do niego mocno wypięta. Ta pozycja kojarzyła jej się tylko do tej pory z razami, ale teraz na swojej szparce poczuła gorący, giętki język. Wygięła się jak kotka, zakładając intuicyjnie jedno kolano na biurko, żeby mu ułatwić dotarcie w najtajniejsze zakamarki. Czuła jego język w szparce, między pośladkami, na udach, w końcu przyssał się ustami do jej łechtaczki. Po prostu usiadł pod nią, przyciskając jej uda do swojego torsu. Nie wiedząc kiedy, momentalnie odpłynęła. Prężyła się piszcząc i jęcząc, ale nie odpuszczał robiąc dalej to samo tylko o wiele delikatniej.

Po minucie opadła schrypnięta na blat ciężko dysząc. Kiedy zaczęła kojarzyć co się dzieje dookoła, jego już pod nią nie było. Stał za nią z członkiem przytkniętym do warg. Czekał czy się odsunie, czy sama naprze na niego. Jeszcze nie do końca przytomna, unosiła się z blatu cofając się i bezwiednie wpuszczając między swoje fałdki olbrzymią główkę. Stała na jednej nodze, w rozkroku, szeroko rozwarta, więc fioletowa śliwa pokonała wejście i utknęła w ciasnej jamce. Momentalnie się naprężyła zdejmując nogę z biurka i zwierając jednocześnie uda, ale za daleko doszedł i za mocno przywarł do niej biodrami, przyciągając ją mocno do siebie. Żylasty członek pokonał następne dwa centymetry, opierając się o naruszoną już lekko paluszkami błonkę. Trzymając jej wzgórek i uda, gwałtownie ruszył biodrami do przodu, wbijając go do końca.

Zawyła – sama nie wiedziała z bólu czy z rozkoszy, bo dopiero to wbicie po nasadę ukoiło na moment swędzącą szparkę. Teraz wychodził do połowy, albo tylko ociupinkę i z impetem dobijał do dna. Czuła go prawie w żołądku, ale chciała żeby tam został jak najdłużej. Zmieniał tempo, znowu wywołując jej jęki. Były coraz głębsze i dłuższe. Rozpędzał się, po chwili już rżnąc ją najmocniej jak potrafił. Jęki natychmiast przeszły w wysoki opętańczy pisk. Padła wykończona na blat, kiedy wyrywał z niej drgającego członka.
– Klęknij… szybko… otwórz usta – dyszał jej do ucha.

Odruchowo wypełniając jego polecenie, odwróciła się opadając na kolana. Wepchnął końcówkę do ust, długimi strugami zalewając jej gardło i trzymając jej głowę za włosy, żeby nie uciekła. Krztusząc się przełykała gorący budyń o mdłym, ale całkiem przyjemnym smaku.

Dopiero teraz dostrzegł na swoim trzonie i jej udach resztki krwi. Rozszerzone oczy mocno się zaokrągliły.
– Byłaś dziewicą? – I nie czekając na odpowiedź, opadł obok niej mocno ją przytulając. – Przepraszam – cicho wyszeptał w rozwichrzone włosy.

Popełniła jeszcze wiele błędów, ale chętnie robił za nauczyciela, a jeszcze chętniej karał za byle błąd. Jednak od tamtego dnia, traktował ją inaczej. Stał się bardziej opiekuńczy. Wkrótce miała własną kawalerkę w sąsiedniej kamienicy… i przestała być prowincjonalną gąską. Piękny sen się skończył po prawie trzech latach, kiedy pewnego dnia, zdecydowała żeby za błąd w orzeczeniu które napisała, odtrącić jej od pensji dziesięć złotych… Na drugi dzień zapukała do kancelarii kandydatka na sekretarkę z ogłoszenia.

Ale ona już się usamodzielniła dawno temu, odkładając sporą sumkę „na czarną godzinę”. Poza tym, zawsze ktoś poszukuje sekretarki, a takie np: osobiste sekretarki prezydentów miast, albo chociażby prezesów wielkich klubów sportowych, nie wspominając już o ministerstwach, czy biurach „big bossów” przeróżnych wielkich korporacji, mogą niejednokrotnie więcej niż wielu pomniejszych prezesików albo dyrektorków. Warunek: trzeba dobrze trafić i być otwartą na propozycje…

Teraz była szczęśliwa, planowała pójść na zaoczne studia… A najważniejsze było dla niej że osiągnęła swój cel – BYŁA SEKRETARKĄ.

Podziel się z namiswoją opinią
0Fajne!0Świetne!0Haha0Wow

0 Comment

Leave a comment